Pico del Teide (3718 m n.p.m.) - nocny atak

Kocham chodzić po górach - jest to powszechnie znany fakt, stwierdzenie to bowiem powtarzam przy każdej możliwej okazji. Jednak w czasie os...

Kocham chodzić po górach - jest to powszechnie znany fakt, stwierdzenie to bowiem powtarzam przy każdej możliwej okazji. Jednak w czasie ostatniej wycieczki górskiej, a było nią czerwcowe wyjście na Pico del Teide na Teneryfie, doszłam do wniosku, że żeby być uczciwą i prawdomówną, to powinnam powiedzieć, że kocham schodzić z gór. Ewentualnie iść po względnie płaskich górach. Bo chyba mało podejść w życiu mnie zmęczyło tak, jak wielogodzinny, mozolny marsz na szczyt kanaryjskiego wulkanu.


Nasza tygodniowa wycieczka na Teneryfę nie mogłaby być pozbawiona tego punktu, jakim było zdobycie Pico del Teide - najwyższego szczytu Hiszpanii (choć do Korony Europy zalicza się Mulhacen w górach Sierra Nevada - o wyjściu na tę górę więcej tutaj --> klik), ogromnego wulkanu, łatwiej a stosunkowo wysokiej góry. Po prostu strasznie chciałam tam się znaleźć! Mimo to, że mieliśmy ten trekking w planach zostawiliśmy go w zasadzie na ostatnie chwile naszej wycieczki. I prawdę mówiąc, gdyby nie ogromna doza szczęścia, to nigdy by nam się to nie udało.

Kończyliśmy trekking w górach Anaga na północy wyspy (o miejscu tym z pewnością jeszcze napiszę, bo było dla mnie absolutnym numerem jeden w trakcie tej wycieczki!) i korzystaliśmy jeszcze z promieni słońca i potężnych fal oceanu na jednej z dzikich plaż w tamtym rejonie. Coraz mniej chętnie zbieraliśmy się do drogi, by wrócić do centrum wyspy i zacząć szturm na Teide. Z gór Anaga udało nam się wydostać zupełnie łatwo dzięki pomocy pary Niemców, którzy objeżdżali tę część wyspy. Podrzucili nas aż do Puerto de la Cruz, skąd droga do Parku Narodowego Teide była już prosta jak strzała. Niestety, zrobiło się późno i ruch w tym kierunku zamarł. Ratowaliśmy się autobusem, podjeżdżając do jednej z wiosek na trasie, ale tam wcale nie było lepiej i do celu pozostawało nam wciąż 40 kilometrów.

Nasz plan był taki: dojechać pod wieczór na początek szlaku pod Teide i dokonać nocnego wyjścia. Ten dziwny pomysł uwarunkowany był tym, że nie udało nam się zarezerwować pozwolenia na wejście na szczyt. Już na kilka tygodni przed naszym czerwcowym wyjazdem nie było wolnych miejsc aż do połowy sierpnia! Jeszcze gorzej wyglądała sprawa z rezerwacją miejsca w schronisku, które znajduje się jakieś dwie godziny od szczytu i jeśli się w nim nocuje, można bez pozwolenia wyjść na szczyt wraz ze wschodem słońca i opuścić go przed 9 rano. My jednak nie mogliśmy skorzystać z żadnej z dwóch opcji, więc zdecydowaliśmy, że spróbujemy wchodzić nocą, tak żeby około wschodu słońca znaleźć się na szczycie i jak gdyby nigdy nic zejść z niego przed 9 zanim pojawi się strażnik, kontrolujący ruch. 

Plan zaczął się jednak sypać już przy pierwszym punkcie - problemem okazało się dojechanie do początku trasy o tej porze, kiedy już żaden turysta ani myślał o wyruszeniu w owym kierunku. Ale w takich właśnie chwilach zdarzają się najmniej spodziewane wypadki. Kiedy staliśmy tak w jednej z wiosek czekając - już bez wielkich nadziei na okazję, a już zupełnie bez nadziei na autobus, który jeździ tu tylko raz dziennie i to rano - zatrzymała się pani, która zaprosiła nas do swojego auta. Kiedy powiedzieliśmy jaki mamy plan, poważnie się zdziwiła, lecz...postanowiła zawieźć nas dokładnie na początek szlaku, mimo tego, że miejsce w którym się spotkaliśmy, było jej rodzinną wioską i tak naprawdę już nigdzie dalej nie jechała. Po drodze wyjaśniła nam, skąd jej decyzja: wszystko przez nasze buty. Powiedziała, że widząc parę z pleckami i w trekkingach pomyślała, że na pewno jesteśmy ludźmi gór, a ludzie gór to dobrzy ludzie i postanowiła nam pomóc.

Początek szlaku na Teide. 

Dziś mogę powiedzieć śmiało - gdyby nie pomoc Begonii, nasze wejście na Teide w ogóle by się nie mogło udać! Żeby jeszcze podkreślić fakt, jak wspaniała, bezinteresowna i pomocna była to osoba, powiem, że już grubo w połowie drogi stwierdziła, że nie starczy jej paliwa, żeby nas zawieźć do celu, więc wróciła się długie 30 kilometrów do najbliższej stacji, a potem z powrotem zawiozła nas na samą górę i wróciła jeszcze raz tą samą drogą do domu. Oczywiście nie wypuściła nas, dopóki nie wzięliśmy od niej numeru telefonu, na który mieliśmy dzwonić, gdyby następnego dnia nie udało nam się złapać ostatniego autobusu spod Teide na południe - wtedy powiedziała, że zawiezie nas na lotnisko (tak, tak, następnego dnia mieliśmy już samolot).

Zaczęliśmy nasz żmudny, nocny marsz na szczyt wulkanu. Na początku szliśmy długo szeroką, szutrową drogą, tylko delikatnie wznoszącą się do góry. Marsz był przyjemny: droga była łatwa, nocą było wystarczająco chłodno, żeby szło się przyjemnie, a księżyc w pełni świecił tak mocno, że nie musieliśmy w ogóle używać latarek. W nocy kształty wielkich głazów - tak zwanych jajek Teide - ogromnych kul lawy, które leżą tu sobie od średniowiecznej erupcji wulkanu, wyglądały dziwnie i trochę strasznie, uruchamiając moją nazbyt rozbudzoną wyobraźnię. 

Jajka Teide.

 Księżyc i odległy jeszcze szczyt Teide.

Nawet nie wiem, jak długo szliśmy w ten sposób, szybko, rytmicznie, ramię w ramię. Lecz przyjemny odcinek szlaku skończył się i zaczęła się żmudna wspinaczka zakosami pod górę. To był dla mnie najgorszy etap. Zrobiło się późno, była już może 2 w nocy, zmęczenie dawało się we znaki, a droga zdawała się nie mieć końca. Szliśmy i szliśmy, tylko wypatrując budynku schroniska. Od niego jeszcze tylko dwie godziny miały nas dzielić od szczytu.

W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze raz schronisko ukryte wśród zastygłej lawy.

Niemal po każdym zakręcie chciałam stanąć i odpoczywać. Artur sprawdzał naszą odległość od celu i mówił, że jeszcze tylko 200 metrów. To było najdłuższe 200 metrów w moim życiu.

Wreszcie dotarliśmy do budynku schroniska. Nie było w nim nic ze "schroniskowości" beskidzkiej czy tatrzańskiej. Tu w drzwiach przywitała nas potężna krata. Zresztą woleliśmy się nikomu nie pokazywać - wędrowanie w parku nocą nie jest dozwolone. Tak samo jak spanie na dziko, my jednak chcieliśmy zaznać choć dwóch godzin odpoczynku. Położyliśmy więc nasze alumaty na zimnych i nierównych kamieniach za schroniskiem i wpełznęliśmy do śpiworów, licząc na choć kilkadziesiąt minut regenerującego snu.

Ja jednak nie mogłam zasnąć ani nawet się zrelaksować. Zbyt boję się policji i mandatów, by się odprężyć wiedząc, że łamię jakiś przepis. Gdy tylko pojawiły się pierwsze światła latarek i głosy ludzi, wyruszających już przed 5 rano na szczyt, stanęłam na równe nogi i obudziłam też Artura. Wpadliśmy nawet na pana z obsługi schroniska i do dziś spieramy się w tej sprawie: mnie się wydaje, że nie zauważył, że tam śpimy i chyba nie skojarzył, o co chodzi w całej tej sytuacji, Artur twierdzi, że doskonale wiedział, co się dzieje, ale postanowił nie robić nam kłopotu. My jednak jak gdyby nigdy nic weszliśmy do wnętrza schroniska, które o 5 rano otwarło już swoje podwoje. Zjedliśmy szybkie i bardzo wczesne śniadanie, rozgrzaliśmy się trochę i godzinę później maszerowaliśmy znów na szczyt.

Pierwsze promienie słońca.

Czekały nas kolejne dwie godziny wędrówki zakosami wśród przedziwnych form wulkanicznych skał. Pejzaż Teide nie jest może piękny, mało tu bowiem zieleni, ale formy zastygłej lawy są niezwykle fantazyjne i w gruncie rzeczy ciekawe. Niebawem pojawiło się słońce, rozświetlając otaczający nas krajobraz. Zobaczyliśmy wokół ogromne, nieprzebrane wprost morze chmur. I pierwsze maleńkie figurki zdobywców szczytu. My wciąż mieliśmy jeszcze wiele do przejścia.

 Specyficzny cień, który rzuca Pico del Teide.

 Docieramy tuż po świcie do budynku kolejki.

Widoki ze szczytu.

O godzinie 8 stanęliśmy na szycie. Minęliśmy pustą jeszcze bramkę kontroli i pół godziny później cieszyliśmy się wspólnie zdobytym najwyższym szczytem w naszym życiu! Wydobywające się zewsząd opary siarki uprzykrzały tę chwilę, niemiłosiernie dusząc i drapiąc w gardle. W życiu nie czułam takiego okropnego smrodu! Zrobiliśmy kilka zdjęć i - srogo zmęczeni - zeszliśmy do poziomu górnej stacji kolejki.

Na szczycie! Zmęczeni, ale szczęśliwi.


Tak, tak, niestety - by zdobyć ten szczyt wcale nie trzeba się wykazać taką determinacją, jak my. Wystarczy zainwestować kilkanaście euro i można sobie w 8 minut tu wyjechać, a jeśli ma się pozwolenie wejścia na szczyt, to już po pół godzinie można cieszyć się zdobyciem góry niemal czterotysięcznej! Otyli turyści w japonkach i na obcasach dziwili się widząc dwoje zmęczonych ludzi, którzy osunęli się na kamienne ławy przy stacji kolejki (a jedno z nich nawet zasnęło...). My jednak cieszyliśmy się w duchu z naszej siły i determinacji! Muszę przyznać też, że wiele wiele razy w tej drodze naprawdę miałam dość i wcale już nie chciałam iść do góry. I w ogóle to bałam się, bo jestem strasznym cykorem i boję się nie tylko policji i mandatów, ale już w ogóle nocna wędrówka była dla mnie czymś niezbyt rozsądnym (choć sama to oczywiście wymyśliłam i zaproponowałam!). I cieszę się bardzo, że mój towarzysz miał w sobie więcej spokoju i nie poddał się emocjom tak, jak ja.

 W drodze powrotnej. 



Wykończeni tym nocnym marszem (i jeszcze w przypadku Artura dodatkowo porażeni wysokością) rozważaliśmy zjazd kolejką. Wtedy jednak okazało się, że...nie mamy wystarczająco dużo pieniędzy i chcąc nie chcąc rozpoczęliśmy marsz w dół. Teraz mogliśmy cieszyć oczy pustynnym wręcz krajobrazem wulkanu. Prażące o tej porze słońce było bezlitosne. Cieszyłam się w duchu ogromnie, że wchodziliśmy nocą! Dzięki temu uniknęliśmy usmażenia żywcem i wypocenia 10 litrów wody. Doszłam wtedy do wniosku, że w gruncie rzeczy, to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć.


Mijaliśmy po drodze ledwie kilka osób, które w trudnej wędrówce na szczyt padały jak kawki. Słońce, wysokość, stromość szlaku robią swoje. Jak się cieszyłam, że przed nami tylko droga w dół!
Na ostatnim odcinku szlaku spotkaliśmy przemiłą parę z Barcelony, z którą maszerowaliśmy razem przez pozostałe dwie godziny. Rozmawiało się z nimi rewelacyjnie, atmosfera była świetna i niewiele brakło, a wybralibyśmy się razem na jeszcze jeden krótki trekking. Niestety, musieliśmy już wracać na samolot.

 Wielki jęzor lawy z ostatniej erupcji i jajko na pierwszym planie.

Stojąc przy drodze i łapiąc stopa na południe wyspy, patrzyłam na majestatyczny stożek Pico del Teide i stromiznę zbocza, po którym przyszło nam się wspinać. Całe szczęście, że dojechaliśmy tu nocą, bo inaczej moje morale spadłoby do poziomy podłogi. Czasem jednak nieświadomość jest błogosławieństwem. Tym razemszczęście nam nie sprzyjało. Nie udało nam się złapać okazji, a ostatni autobus na południe odjeżdżał już o 16. Wsiedliśmy do niego i nawet nie wiem, kiedy usnęłam. Obudziłam się dopiero w Playa de la Americas z okropnym bólem uszu. Zmiana wysokości chyba jednak zrobiła swoje.


Wyjście na Pico del Teide było wspaniałą przygodą, choć przyznam, że okropnie, ale to okropnie się zmęczyłam. Mimo to czuję dziś wielką satysfakcję na myśl, że na własnych nogach wyszłam na tę wielką górę i co więcej - stanęłam po raz pierwszy na szczycie wulkanu! I tak, nie lubię wchodzić na te wszystkie góry i się tak strasznie męczyć, ale jak wspaniale wspomina się ten moment, kiedy jest się na samym, samym szczycie i rozpiera człowieka radość, duma i satysfakcja. Chyba jednak jeszcze parę razy w życiu do takiego wdrapywania się do góry się przymuszę. 

INFORMACJE PRAKTYCZNE
  • Szlak na Pico del Teide zajmuje jakieś 6-8 godzin, zależnie od tego, jaką ma się kondycję i ciężar na plecach. Szlak technicznie nie sprawia absolutnie żadnych trudności, jest też tak wyraźny, że nie sposób go zgubić. Jest to jednak droga długa i męcząca i trzeba mieć tego świadomość. Na dodatek pamiętać trzeba o wysokości - ja nie miałam z tym problemu, bo byłam już kiedyś na 3500 m n.p.m., ale organizm kogoś, kto nigdy nie był na takiej wysokości może zupełnie inaczej zareagować. Należy mieć tego świadomość i w razie złego samopoczucia jak najszybciej zejść jak najniżej.
  • Wędrówkę na Pico del Teide utrudnia zapewne pogoda - słońce może radykalnie utrudnić marsz, trzeba się przed nim dobrze zabezpieczyć (coś na głowę, okulary, ciuchy w filtrem UV, długie spodnie - serio, serio!) i oczywiście mieć zapas wody. 
  • W kwestii wszystkich innych szczegółów trasy odsyłam do bloga mojego kolegi Pawła - jest przewodnikiem górskim i ratownikiem GOPRu, trudno więc o lepsze źródło informacji. Sama posiłkowałam się jego postem przygotowując się do naszej wycieczki --> klik.
  • I jeszcze jedno w sprawie pozwolenia: na wyjście na szczyt trzeba mieć pozwolenie. Można je zarezerwować na tej stronie --> klik. Strażnik pilnuje przejścia od 9 do 17. My tego wcześniej nie wiedzieliśmy, w przeciwnym razie zdecydowalibyśmy się pewnie na wyjście po południu, atak szczytowy ok. 18 i nocne zejście. Myślę, że to też całkiem sensowna opcja.



Zobacz też

2 komentarzy

  1. Witam. A jak wygląda ta bramka strażników? w jakiej odległości od stacji kolejki się znajduje? nie da się tego jakoś ominąć. Ruszam za tydzień i ambitnie zamierzam zdobyć Teide ruszając z poziomu morza /rozkładam to na 2 dni oczywiście/ i niestety na 1,5 miesiąca przed wyprawą nie było już pozwoleń i noclegów w Altavista

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć. Bramka strażników jest może jakieś 50 metrów od zabudowań kolejki, tak to jest zrobione, że ominąć to raczej będzie ciężko (choć chyba się da, wydaje mi się, że ktoś z moich znajomych opowiadał, że tak zrobił, ale wtedy trzeba będzie się przedzierać przez skały, a i tak cały czas będzie się widocznym jak na dłoni). Wydaje mi się, że - tak jak napisałam - jeśli nie ma się pozwolenia, to trzeba uderzyć tam albo przed 9 (rozpoczynając podejście na szczyt, tak jak my - w nocy), albo już po 17 i schodzić po ciemku na dół. Na obie ewentualności trzeba się oczywiście odpowiednio przygotować - światło, ciuchy, jedzenie, woda, etc. Pozdrowienia!

      Usuń

Flickr Images